...ja tak...ponieważ choroby nas dopadły...najpierw Młody przyniósł ze szkoły katar...później JUŻ DOROSŁA załapała infekcje...a na końcu ja...MŁODY po dwóch dniach pomimo chodzenia do szkoły wyzdrowiał a JUŻ DOROSŁA i ja walczymy nadal...ona z zapaleniem ucha a ja z ciągnącym się od dwóch tygodni przeziębieniem...dzisiaj lekarz zalecił mi leżenie...co najmniej trzy dni...no ale kasztany trzeba było pograbić...to wyszłam na zewnątrz...a tam przyjemniej niż w domu...cieplutko...słonecznie...i tylko tak jakoś mi siły brak...czy to lenistwo, czy osłabienie...no nie wiem ale za to cieszę się, że lato nadal walki nie przegrywa...choć jesień rozpościera swój płaszcze na polach, łąkach, w sadach...i te wszechobecne liście na trawniku...i kasztany lecące z rosnącego przy drodze kasztanowca...porozjeżdżane...zmiażdżone... pograbiłam ale kurzy się strasznie...deszczu u nas wciąż brak...kolejny tydzień...choć nadzieja była...a w domu ciut tylko jesienniej...pomarańczowy kolor planuję wprowadzić dopiero w połowie października...tymczasem w salonie zagościły cudne poduchy z owadziego sklepu...i kocyki które na chwilę obecna pełnią role narzut...są cudownie miękkie i uwielbiamy na nich zalegać...






...oby tak jeszcze zaczęło padać...wówczas książka, kawka, dobre ciacho, kosz pełen jabłek i orzechów, świece...i nic więcej do szczęścia nie potrzeba...
...ciekawa jestem jak jesienią wygląda Korzeniowy Wąwóz...może kiedyś uda mi się zobaczyć jesienny Kazimierz
...a tymczasem powstają świąteczne ozdoby...w związku z tym może ktoś chętny...pierwsze trzy anioły w tym roku już do sprzedania...zapraszam...