niedziela, 18 lutego 2018

KIEDY SŁOŃCE ZAGLĄDA DO DOMU

Zimowy czas nie rozpieszcza nas dużą ilością promyków słonecznych. Tegoroczna zima to kolejna z tych, o których powiedzieć by można, że wcale nią nie jest. We wspomnieniach mogę wygrzebać zimy kiedy śnieg sięgał kolan, mróz szczypał w nosy a słońce odbijające się o białe płachty pól oślepiało niemiłosiernie. Piękne to wspomnienia...Tak, i z tego trzeba się cieszyć. Ja mam choć co wspominać, gdy tymczasem małe dzieci wręcz nie znają zimy. Maluchom kojarzy się ona głównie z feriami, sztucznymi lodowiskami w mieście czy wyjazdem na modne narty. Czasy się zmieniają i ciekawa jestem czy ktoś zna taką zimę o której na samą myśl się uśmiecham.
Moja zima, to zima na wsi, gdzie mieszkam od urodzenia. Świat wtedy był zupełnie inny. Jako dziecko budziłam się opatulona wielką, ciężką pierzyną, taką z prawdziwego pierza, które mama wraz z sąsiadkami darły w zimowe wieczory.  Siadały wówczas zazwyczaj w kuchni, bo tam było najcieplej, wokoło wielkiej balii  wypełnionej kaczym pierzem, które zbierane było przez cały sezon. Każda brała garść na kolana i odrywała od "rdzenia" tylko tę miękką część pióra. Tak spędzały całe wieczory, całymi tygodniami zmieniając tylko domy. Później szyły poszwy, które wypełniały miękkimi piórkami by stworzyć w zależności od potrzeby poduchy bądź pierzyny. Na takie "darcie pierza" mama zawsze ze sobą mnie zabierała. Biegaliśmy zawsze z innymi dzieciakami wzbijając w powietrze puch i wnerwiając niesamowicie tym nasze mamy. Czasem siadaliśmy cichutko i podsłuchiwaliśmy ich dorosłe rozmowy. Dla nas to była rozrywka ale i dla naszych mam to praca powiązana z przyjemnością. Spotkania te zawsze owocowały nowymi plotkami, żartami, śmiechem no i oczywiście kolejnymi cieplutkimi pierzynami. Dziś większość maluchów nie zna tego słowa bądź nie wie jak taka pierzyna wygląda. Ja budziłam się pod taką każdego dnia. Drewniane okna, które nie miały nic wspólnego ze współczesnymi, zamalowane były całe przez mróz. Czarodziejskie kwiaty wtedy nie wydawały mi się tak piękne jak wspomnienie o nich. Zasłaniały widoczność na tyle, że przez szyby nie było nic widać. Biegłam zawsze do kaflowego pieca by poczuć choć odrobinę ciepała, które zatrzymał z poprzedniego dnia. W kuchni za to zawsze było ciepło. Mama wstawała bardzo wcześnie, rozpalała pod kuchnią węglową i zagotowywała na niej wodę na herbatę. W ciągu dnia umawialiśmy się z dzieciakami z całej wsi na sanki. Trudno w to teraz uwierzyć ale bez telefonów czy internetu potrafiliśmy się skrzyknąć tak, by było nas naprawdę wielu. Opatuleni szalikami, w czapach robionych na drutach przez nasze mamy i babcie, w wełnianych rękawicach, szliśmy czasem spory kawałek drogi by pozjeżdżać z jakiejś górki. Nikt z nas, wiejskich dzieciaków nie słyszał o bieliźnie termicznej, nieprzemakalnych spodniach czy soft-shellach. Ciągnęliśmy za sobą drewniane sanki lub hit mojego dzieciństwa - worki po nawozach wypełnione słomą. Spędzaliśmy kilka godzin na "górkach" i wracaliśmy do domu przemoknięci do suchej nitki,zmarznięci na kość i w super humorach. W domu zjadaliśmy chętnie bez wybrzydzania obiad, który też różnił się od tych teraźniejszych w dużym stopniu. Mama porozwieszała ubrania do wyschnięcia na piecu kaflowym bądź na sznurku rozciągniętym nad kuchnią węglową by następnego dnia móc znowu je włożyć , iść na sanki i wrócić do domu w mokrych skarpetach z piekącymi od mrozu policzkami. Takie to były czasy. Wtedy być może tego nie doceniałam lecz z perspektywy czasu jakiż to był piękny czas.
Dziś słońce z łatwością może zajrzeć zimą do domu. Centralne ogrzewanie i okna nowej generacji nie pozwolą zwyciężyć mrozowi choć...i jego raczej zimą nie ma:(
Czasem wnerwia mnie wirujący kurz widoczny w promieniach słońca ale wszystko ma swój urok...






Ciekawa jestem jakie zimy będą przeżywać moi praprawnukowie?
A Wy, pamiętacie takie zimy o jakich wspomniałam,te jakże inne od teraźniejszych...



piątek, 26 stycznia 2018

ZIMOWY CZAS

Zimy w tym roku u nas nie ma...Szkoda:( Lubię kiedy wokół biało, mróz szczypie w nosy a widoki zapierają dech w piersiach. Takie zimy kocham...Tymczasem mogę się cieszyć tylko namiastką tego wszystkiego. W tym tygodniu pola pokryła cienka warstwa śniegu z czego nie tylko ja się cieszyłam ale i moje zwierzaki.

 




 

 

 

 W domu też jeszcze pozostało kilka elementów świątecznych . Nie wiem co zrobię później z Gwiazdą betlejemską.  Po świętach zazwyczaj chciałoby się kupić prymulki, żonkile, hiacynty a czerwień gwiazdy nie bardzo współgra z nimi. Zawsze ten sam problem bo szkoda wyrzucić żywego kwiatka a w sumie już nie bardzo cieszy...hmmm?
Ostatnie świąteczne dekoracje znikną z domu już lada dzień, a zatem niech mają swą chwilkę jeszcze tutaj




 Nowy rok rozgościł się na dobre nim zdążyłam się obejrzeć. Czas pędzi jak szalony i nie pyta czy my wyrażamy na to zgodę. Doba kurczy się nienaturalnie zdawać by się mogło, a niby tyle mamy udogodnień życiowych, tyle nowinek technicznych lecz nikt nie potrafi wymyślić czasorozciągacza.


 Do napisania:)









niedziela, 14 stycznia 2018

SALON CZY KUCHNIA - DŁUGI POST

Lato 2017 upłynęło nam pod znakiem remontu. Remont był totalny, pisałam o tym TUTAJ i TU. Całe nasze życie toczyło się w garażu, no może poza kąpielą, ponieważ łazienka został nietknięta.
Od kilku miesięcy mieszkamy już w Nowym. Trudno mi było przyzwyczaić się do nowych wnętrz, bo niby takie wymarzone ale jakby nie moje. Na wystrój, dekorację i ogólny rys miały wpływ oprócz mnie i MOJEGO również nasze dzieci. I tak zimne kolory drewna i światła były wyborem pod naciskiem Dorosłej a zwolennik minimalizmu i katalogowych wnętrz, nasz syn, stopował nas w zapędach w zagraceniu wnętrz. Z czasem i oni przekonali się do tego, że nie zawsze coś co podoba nam się na zdjęciach w sieci, katalogach czy pismach wnętrzarskich musi "zagrać" w naszym codziennym życiu. Mnie wciąż brakowało w moim domku bibelotów, drobiazgów, elementów które byłyby jedynie "nasze". Wciąż jednak broniłam się przed zmianą wnętrza, które było katalogowo piękne. Z czasem nie wytrzymałam i zaczęłam znosić ze schowanka swoje stare skarby. Dom zaczął mi się podobać choć wciąż było mało. Szanowałam jednak upodobania rodzinne ale w chwili kiedy nasz minimalista stwierdził że trzeba zrobić coś w tym wnętrzu ponieważ jest tak"Pusto", dostałam zielone światło i na święta zrobiło się dużo przytulniej.
Dziś pokażę Wam kilka zdjęć z naszej zmiany. Zdjęcia pochodzą z różnych okresów.
Pomiędzy kuchnią i salonem kiedyś była ściana którą wyburzyliśmy by powstało jedno duże pomieszczenie. W miejscu dawnej kuchni stoi teraz duża kanapa a tam gdzie była kanapa w salonie teraz są meble kuchenne:) Stąd teraz mam dylemat kiedy określamy miejsce położenia czegoś w domu, bowiem np. dawne okno w kuchni teraz jest oknem w salonie.
Tak więc jedna część naszego salonu kiedyś wyglądała tak
 


 By przejść przez różne etapy...





Aż do końcowego




Tam gdzie kiedyś była kanapa, pufa i regał...












a podczas remontów było tak



teraz mamy kuchnię








Tam gdzie kiedyś była kuchnia (zdjęcia tylko robocze)


Podczas remontu wyglądało to tak




Później mieliśmy prowizoryczne schody...



A teraz kącik wypoczynkowy(salon)




 P.S. Fotki dość stare:)


sobota, 6 stycznia 2018

MOJA PRACOWNIA

Zawsze marzył mi się kąt w którym mogłabym gromadzić moje robótkowe zbiory i miejsce gdzie mogłabym tworzyć. Kiedy w roku ubiegłym zdecydowaliśmy się na remont starego gospodarczego budynku wiedziałam, że jedno z pomieszczeń będzie moje i szumnie nazwę je Pracownią.
Budynek był w opłakanym stanie. kiedyś już go pokazywałam a dziś dla przypomnienia
 Tak wyglądał budynek wcześniej


Tu po zdjęciu starego dachu




Z prawej strony na końcu niższe "pomieszczenie" to moja pracownia.
Później budynek dostał nowe szczyty i dach





I etapy powstawania mojej pracowni




Dziś pokażę na koniec kilka fotek z mojego małego gniazdka